PLFA X: Mityczna "pierwsza piłka"

Autor: Marcin Fijałkowski Opublikowano dnia: 18 czerwca 2015 | Komentarze: 0

Gdy Piotr Gorzkowski, student Politechniki, pod koniec lat 90-tych nieustannie oglądał wszelkie telewizyjne materiały o futbolu amerykańskim zaczął marzyć o tym, żeby samemu zagrać. Okazało się, że siostra jego przyjaciela – Jana Kowalskiego – kończyła wtedy studia w Stanach Zjednoczonych. Obaj panowie uprosili ją, żeby wracając przywiozła im futbolówkę. Na tę piłkę czekali również Tomasz Kozankiewicz, Grzegorz Mikuła oraz Jędrzej Stęszewski. Razem stanowili założycielską piątkę pierwszej drużyny futbolu amerykańskiego w Polsce – Warsaw Eagles, która oficjalnie powstała w czerwcu 1999 roku.
 

Siniaki, zbicia i zmęczenie
Ale niech nikogo nie zwiedzie ta szumna nazwa. Na łysej polanie, na zniszczonym boisku czy po prostu w parku próbowali rzucać tak jak w telewizji – niezbyt wychodziło. Testowali różne chwyty, które do znudzenia oglądali na taśmach VHS (a jakże!) przewijając i zdzierając nośniki video. Nadgorliwie zapraszali znajomych, dalszych kolegów aż w końcu i zupełnie obcych ludzi. - Największym wtedy marzeniem było zebrać ósemkę, żeby można rozegrać „mecz” w wielkim cudzysłowie, czterech na czterech. Wielu z nas się to podobało, a ja sam świetnie się czułem wracając po takim treningu poobijany, posiniaczony, zmęczony. Uśmiech nie schodził z twarzy i czekałem na następną niedzielę – wspomina Gorzkowski.


„Non inclusive”
Z czasem grono tych zapaleńców powiększało się. Dołączył Mariusz Kwieciński: - Po tym jak odpowiedziałem na wezwanie z plakatu otrzymałem zaproszenie na trening. Przyszedłem na boczne boisko, a raczej na udeptany plac obok lasku. Za szatnię służyły pobliskie krzaki a obecni zawodnicy byli niemal dziećmi (ja miałem wtedy 30 lat a oni między 17 a 23). Lecz wyczuwało się fantastyczną atmosferę, chęci, zaangażowanie i satysfakcję trenowania. Na pierwszych treningach poznawałem ogólne zasady, pozycje zawodników, formacje a to wszystko w otoczeniu chmary komarów, błota i deszczu – bez szatni. Nikomu to nie przeszkadzało. Ubrudzeni, przemoczeni, z siniakami i otarciami czekaliśmy na kolejne treningi, które trwały często po kilka godzin. 

Futbolowe pączkowanie
Na treningi dojeżdżał między innymi Jacek Wallusch. Dystans niebagatelny - 300 kilometrów między Poznaniem a Warszawą pokonywał niezmordowanie pociągiem. Tylko po to, żeby móc pograć z kimś w futbol. Kiedy te „wycieczki” stały się męczące postanowił założyć drużynę w swojej okolicy. Tak w maju 2004 roku powstał zespół 1. KFA Fireballs Wielkopolska. Do składu szybko trafił Mateusz Binarsch, który opowiada o początkach: - Wtedy jeszcze treningi były w Suchym Lesie, gdzie autobusy podmiejskie jeździły rzadko. Jeden przyjeżdżał już po starcie ćwiczeń zaś drugi półtorej godziny przed czasem. Wybór był prosty - czekałem. Trenowaliśmy na zaniedbanym boisku szkolnym. Szatnia? Zbędny luksus. Podczas treningu skupialiśmy się głównie na „technice”, tak przynajmniej nam się zdawało. Uczyliśmy się jak stać i blokować. Nie muszę dodawać, że robiliśmy to bez żadnych ochraniaczy. Chociaż niektórzy zawodnicy mieli rękawice... ogrodowe lub rowerowe. Po każdym treningu wracałem cały posiniaczony. Zdarzały się też zagrania „kask w kask”, tyle że... bez kasku. Najgorzej mieli liniowi, którzy musieli się przepychać. Szczypanie po bicepsach i tricepsach było na porządku dziennym. Ale nikt nie narzekał i każdy się cieszył, że trenował. 

Iskierka nadziei
Z czasem sytuacja powoli się poprawiała. I nie, jeszcze nie przeskakujemy na Stadion Narodowy. Mam na myśli bardzo powolny proces, czyli poszerzanie składu obu drużyn i pamiętne pierwsze mecze bez sprzętu i w sprzęcie. Ale to już osobna historia...

 

Marcin Fijałkowski
m.fijalkowski@pzfa.pl
Biuro Prasowe PLFA