PLFA X: Za cenę włosów

Autor: Marcin Fijałkowski Opublikowano dnia: 9 lipca 2015 | Komentarze:

Zanim doszło do tego pamiętnego starcia w 2012 roku, drużyna Seahawks nie miała szczęścia w dwóch finałach, w których uległa ekipie Warsaw Eagles. Nic dziwnego, że Jastrzębie miały wielką ochotę udowodnić prawdziwość powiedzenia „do trzech razy sztuka”. 

Obie ekipy szły łeb w łeb zajmując dwa pierwsze miejsca w tabeli. Co ciekawe Orły wysoko pokonały rywali na początku sezonu zasadniczego 52:22 w Gdyni. Jastrzębie jednak dość szybko się zrewanżowały i zwyciężyły w Warszawie 34:24 zapominając o wpadce z Eagles, która była ich jedyną porażką tego roku. Z bilansem 9-1 zostali bezapelacyjnymi liderami tabeli. Tuż za nimi uplasował się stołeczny klub z dorobkiem 8-2. Nikogo nie zaskoczył fakt, że właśnie te ekipy spotkały się w VIII SuperFinale, który odbywał się w Warszawie. Obiekt, który wybrano – Stadion Narodowy – przyprawiał o dreszcze. Jeszcze nie tak dawno, w 2006 roku, Jastrzębie i Orły walczyły o tytuł mistrzowski na zapyziałym obiekcie RKS Marymont, który sami gracze musieli uprzątnąć ze śmieci. Później stoczyli bój o najwyższe laury w 2008 roku, na wrocławskim Stadionie Olimpijskim, który lata świetności miał już dawno za sobą. Przy trzeciej potyczce, po sześciu latach od pierwszego SuperFinału, mieli stanąć na największym i najnowocześniejszym obiekcie w Polsce. 

Przeżycie, jakich mało
Kiedy na trybunach padł absolutny rekord frekwencji i na krzesełkach zasiadło 23 000 widzów a spod bram odchodzili niepocieszeni kibice, dla których po prostu zabrakło biletów, w szatniach gotowali się do gry bohaterowie dnia. – To było dla mnie spełnienie chłopięcych marzeń. Pamiętam światła, tłum i głośnych kibiców. Fantastyczny występ orkiestry wojskowej, która zagrała nam hymn. To była bajka. Na linii bocznej nie mogłem przestać zadzierać głowy i rozglądać się dookoła. Prawie kark sobie ukręciłem. Coś niesamowitego! Przy 23 tysiącach widzów wrażenia są niesamowite. Nigdy tego nie zapomnę - huk, blask i ogrom. I moment wybiegnięcia na murawę. Chętnie przeżyłbym to jeszcze raz! W takich warunkach grali moi idole z dzieciństwa a ja mogłem tylko o tym marzyć. Aż w końcu się spełniło – wyznał Szymon Modzelewski, skrzydłowy Eagles. Wtóruje mu Michał Garbowski, linebacker Seahawks: - Wyjście na murawę przy tak głośnym dopingu zapadło mi głęboko w pamięć. Wrażenia z występu na tym obiekcie – niesamowite. To po prostu zapierało dech w piersiach. Na pewno nie zapomnę tego do końca życia.
 

 

Lider potwierdza supremację
Od samego początku Jastrzębie imponowały swoją świetną formą. Prowadził ich fenomenalny rozgrywający – Kyle McMahon, który zdominował ligę. Jak na prawdziwego lidera przystało – w finale spisywał się jeszcze lepiej. Już w pierwszej kwarcie sam zdobył przyłożenie a przy drugim asystował. Dzięki temu jego ekipa wyszła na prowadzenie. Warszawianom pozostała rola doganiających wynik i trzeba przyznać, że ze swojego zadania wywiązywali się nieźle. Jeszcze w trzeciej kwarcie doszli do rywali na 32:30. - Zabrakło nam sukcesów w obronie, która nie była w stanie zatrzymać ani jednej serii zagrywek Seahawks. To sprawiło, że bardzo trudno goniło się wynik, bo mogliśmy liczyć tylko na ich niewymuszone błędy, których tego dnia prawie nie popełniali. Poza tym mieli McMahona, którego z powodzeniem można by uznać za najlepszego rozgrywającego, jaki pojawił się na boiskach PLFA. Rzucał, biegał (a wbijał się w obrońców jak rasowy fullback) i miał świetny przegląd pola. Znakomicie spisywali się również inni zawodnicy. Tego dnia Seahawks po prostu byli lepsi – przyznał Modzelewski. Tę wyższość Jastrzębie udokumentowały utrzymaniem przewagi i wynikiem 52:37. - Myślę, że to zasługa wielkiego zaangażowania poszczególnych formacji, szczególnie ofensywy, której tego dnia wychodziło wszystko. Czuliśmy się wspaniale, kiedy wreszcie pokonaliśmy Orły w finale. Zwłaszcza, że zrobiliśmy to w Warszawie przy tak licznej widowni – przyznał Garbowski. 

Komuś obetną, komuś odrośnie...
Kiedy wybrzmiał ostatni gwizdek do jednego z pomorskich zawodników dopadło stado kompanów z maszynką do golenia. Maciej Siemaszko, safety Seahawks, słynący ze swojej starannie wyhodowanej i zadbanej blond fryzury, otoczony i osaczony stracił... włosy. Jak się wkrótce okazało, razem ze swoim serdecznym kolegą z drużyny – Sebastianem Krzysztofkiem (przeważnie krótko ostrzyżonym) przed finałem obiecali sobie, że w przypadku zdobycia mistrzostwa zamienią się uczesaniem. Pierwszy - nolens volens -wypełnił przyrzeczenie Siemaszko, którego jeszcze na murawie ostrzygły same Jastrzębie. Jakiś czas później, kiedy dzieło zapuszczenia włosów przez Krzysztofka dokonało się – ufarbował je i razem z kolegą poszedł na miasto. 

Mistrzowskie pociechy
- Przed tym finałem znajomy z pracy zapytał, czego bym tak naprawdę oczekiwał w nadchodzącym meczu. Odpowiedziałem mu, że oczywiście złota, ale po chwili zastanowienia dodałem, że chciałbym zdobyć przyłożenie i zrobić taki wjazd na kolanach po murawie jak piłkarze, których podziwiałem jako dzieciak. I to mi się udało. Choć szkoda, że bez złota... – skwitował Modzelewski. Więcej powodów do radości miał niewątpliwie jego rywal. I to z kilku powodów: - Na trybunach była wtedy moja rodzina, która przyjechała z Trójmiasta. Na czele z żoną, która była w siódmym miesiącu ciąży. To nie przeszkodziło jej być na każdym meczu w tamtym sezonie. Przyniosła mi i drużynie wiele szczęścia. Co ciekawe – sytuacja powtórzyła się w 2014, kiedy również była w ciąży a my zgarnęliśmy tytuł. W tym roku już wiele osób pytało czy przypadkiem nie spodziewamy się kolejnego dziecka... (śmiech).

Seria PLFA X
1. odcinek: Mityczna "pierwsza piłka"  http://plfa.pl/news/1923/
2. odcinek: Historia kołem się toczy http://plfa.pl/news/1944/
3
. odcinek: Kosztowny europejski test http://plfa.pl/news/1951/ 

 

Marcin Fijałkowski
m.fijalkowski@pzfa.pl
Biuro Prasowe PLFA