Piąta próba

Autor: Kuba Kaczmarek Opublikowano dnia: 15 maja 2017 | Komentarze: 0

Siódma kolejka Topligi sportowo nie wcisnęła nas głęboko w fotele. Nie można jednak powiedzieć, że mecze te nie miały znaczenia. Co więcej, we Wrocławiu oglądaliśmy ponowną „koronację” podwójnych Mistrzów!

Weekend bez emocji, ale z fajerwerkami na koniec

Już przed minionym weekendem wiadomo było, że siódma kolejka Topligi będzie swoistą przystanią dla szalonej końcówki sezonu. Husarze wyjechali do Wrocławia, na mecz z Panthers, żeby z bliska poczuć nową murawę Stadionu Olimpijskiego oraz odebrać lekcję, która ma im pozwolić na pierwszą i najważniejszą wygraną w sezonie przeciwko Banitom. Natomiast dzień wcześniej, kilka przecznic dalej, w tym samym mieście, Outlaws podejmowali równie silnego przeciwnika - Primacol Lowlanders Białystok.

Ciężko o emocjonujące pojedynki, kiedy naprzeciwko najlepszych drużyn w naszym kraju w szranki stają ekipy z ogona tabeli. Choć nie można odbierać im ambicji i woli walki, to jednak sami wiedzą, że szanse na zdobycie pokaźnej liczby punktów mają iluzoryczne, a co dopiero na zwycięstwo. Dlatego też sobotnie starcie białostoczan z Banitami nie cieszyło się większą popularnością. Wydawałoby się, że spotkanie, w którym pada aż 47 punktów musi być ciekawym widowiskiem. I faktycznie, ale tylko z perspektywy kibiców Ludzi z nizin. Brak punktów po stronie gospodarzy, jak również ich liczne błędy w obu formacjach sprawiają, że ci, chcieliby o tym starciu jak najszybciej zapomnieć. Aktualnie ciężko o jakiekolwiek porównanie obu klubów. Lowlanders to drużyna kompletna z bogatym doświadczeniem i wykazująca się swoim, unikatowym stylem. Natomiast Outlaws to ekipa wciąż poszukująca swojego „ja”, która musi odnaleźć się w nowym środowisku. Potwierdzeniem tego są pomeczowe słowa Pawła Kaźmierczaka, koordynatora ataku wrocławian:

- Lowlanders to obecnie drużyna z innego pułapu. Jestem bardzo niezadowolony z tego, że gramy niekonsekwentnie w ataku. Często zdobywamy sporo jardów, ale później przytrafiają nam się bardzo niedobre zagrania, które niwelują zysk. Mamy problemy z blokowaniem, a w defensywie sporo problemów mamy z mobilnymi rozgrywającymi, takimi jak nasz dzisiejszy rywal Aaron Knight.

- Nie ukrywając, to było łatwe zwycięstwo. Wszystko poszło po naszej myśli, chociaż nie obyło się bez błędów. Wszystko, co założyliśmy sobie przed meczem przełożyło się na boisko. Najważniejsze jednak, że obyło się bez kontuzji i innych komplikacji. Teraz koncentrujemy się na Eagels. - stwierdził Bartek Trubaj, lider białostockiej drużyny.

Największym plusem dla Lowlanders (oprócz cennych dwóch punktów) była możliwość przetrenowania wielu nowych zagrywek. Z pewnością, po takim meczu, Aaron Knight zyskał na pewności w posyłaniu piłek do swoich boiskowych kolegów. Do meczu z Orłami będzie mógł przystąpić z szerokim wachlarzem możliwości.

Niemalże identycznie moglibyśmy opisać wydarzenia z niedzieli, które miały miejsce na Stadionie Olimpijskim. Na szczęście gospodarze, jak zwykle, przygotowali niespodziankę dla swoich kibiców, dzięki czemu wszyscy z niecierpliwością czekali na końcowy gwizdek sędziego. A były nią…

Mistrzowskie pierścienie, to kwintesencja tego, co w życiu sportowca najważniejsze. Nagroda nie tylko za zdobyte trofea, ale i ciężką pracę, którą wykonuje się od początku zetknięcia się ze sportem. Początki tej tradycji sięgają roku 1922 i amerykańskiej ligi bejsbolowej, Major League Baseball (MLB). Wówczas zawodnicy New York Giants zostali nagrodzeni za wygraną nad New York Yankees. Za tym pomysłem poszli również włodarze klubów prezentujących inne ligi i tak, co roku, profesjonalni zawodnicy zza wielkiej wody, po każdym wygranym finale, z niecierpliwością czekają na swoje pamiątki w postaci takich właśnie sygnetów.

Tradycja ta znalazła swoje miejsce również i w Polsce. Podobnymi trofeami mogą poszczycić się również zawodnicy z Gdyni.

 

 Trzeba przyznać, że tegoroczne sygnety zrobione dla Panter robią ogromne wrażenie. Czy i po tym sezonie będą mogli rezerwować kolejne?

Celebracja wręczenia pierścieni mistrzowskich:

Samo spotkanie – bez większej historii, o czym już pisałem na początku. Jedyną niespodzianką mogły być zdobyte przez Husarię trzy punkty. Czy z takiego meczu można wyciągnąć jakiekolwiek wnioski? O to spytałem Piotra Krakowskiego, trenera głównego szczecinian.

- Piękny stadion, świetna oprawa, słoneczna pogoda – chociażby z tych powodów warto było tam być. Mecz pokazał, że idziemy w dobrym kierunku z ofensywą, ale niestety bardzo osłabiona defensywa (brak kadrowiczów - Szczęsnego i Stachyry) nie była w stanie powstrzymać rozpędzonych Panthers. Świetnie poukładana taktycznie drużyna obnażyła braki w naszym sztabie trenerskim - nie potrafiliśmy odpowiednio zareagować na ich poczynania na boisku. Cieszymy się że zagrał Martay (rozgrywający – przyp. red.) i pokazał, że jak tylko lepiej się zgra z naszą ofensywą, to będzie z niego prawdziwy lider tego zespołu.

Wrocław, to dla klubu z województwa zachodniopomorskiego „miasto prawdy” na finiszu sezonu regularnego. A to dlatego, że już za tydzień ponownie tutaj wrócą, na swój ostatni mecz z Banitami. Wówczas okaże się, czy zebrane doświadczenie z tego sezonu zaprocentuje czy pogrąży w jeszcze większym smutku.

Natomiast dla Panter nadchodzi ważny weekend. Już w najbliższą sobotę pojadą na mecz w ramach Central European Football League, ażeby zmierzyć się z duńską drużyną Vejle Triangle Razorbacks. Mecz ważny przede wszystkim z perspektywy prestiżu, gdyż wygranie grupy jest już niemożliwe (po dwóch wygranych austriaccy Swarco Raiders Tirol pewnie okupują pierwsze miejsce premiowane awansem do finału).

Nadchodząca kolejka w Toplidze i starcie Panthers w europejskich pucharach zapowiada nam nie lada emocje! Tym razem nie będziemy mogli narzekać!

Kuba Kaczmarek
kaczmarek.jak94@gmail.com