Wywiadowca: Kamil Ruta

Autor: Piotr Bera Opublikowano dnia: 9 czerwca 2017 | Komentarze: 0

Odzwyczailiście się od przegrywania? Ostatni raz zeszliście z boiska pokonani w kwietniu zeszłego roku. Wygrali Seahawks Gdynia

Nie da się odzwyczaić od porażki, bo klęska zawsze zagląda w oczy. Chcemy tylko i wyłącznie wygrywać. Nigdy nie będziemy mieć dość. Nie wiem czy na świecie jest osoba, która mogłaby znudzić się wygrywaniem. Gdybyśmy byli Barceloną i wygrywali wszystko 40:0, to kto wie. Jednak przeciwko Lowlanders i Seahawks musimy się postarać. Natomiast jadąc do Danii wiedzieliśmy, że nie gramy o awans, ale nie było mowy o odpuszczaniu nawet przez chwilę. Jeśli nie chcesz wygrać, to nie wychodź z szatni, bo jesteś przegranym człowiekiem i zawodnikiem.

W większości meczów w PLFA i tak doprowadzacie do „mercy rule”.

Kamil Ruta – karierę rozpoczął w 2007 r. Zdobył cztery mistrzostwa Polski (2007, 2011, 2013, 2016) oraz jest etatowym reprezentantem Polski. „Klocu” – jak mówią na niego koledzy z drużyny, to jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci Panthers Wrocław. Z zawodu jest żołnierzem.
karta informacyjna

Zarzuca się nam, że dążymy do śrubowania wyników. Właśnie, tak mówi się o nas w PLFA, a w szczególności w Gdyni. Ale jak mamy nie śrubować wyniku, gdy zatrzymujemy ofensywę rywala na 10. jardzie, ten odkopuje piłkę na 30. jard i nasza ofensywa w dwóch zagraniach zdobywa przyłożenie? Nasza formacja ataku przyznaje na treningach, że obrona mogłaby wpuścić rywala na naszą połowę, bo nie mogą rozwinąć skrzydeł grając za każdym razem te same trzy zagrywki biegowe. To jednak zdaje egzamin, a przed fazą pucharową chcemy ukryć pewne rzeczy.  Nie będzie żadną tajemnicą, jeśli powiem, że w ostatnich meczach w 95 proc. przypadków graliśmy cover 3 w obronie i nadal nikt nie potrafił zdobyć przyłożenia. Niech inni zaczną się przykładać do meczów, to nie będzie „mercy rule”.

Zarzuca się Wam, że w takiej sytuacji nie pojawia się na boisku drugi garnitur.

Jak młodzi mają pograć? Zegar rusza, zostaje 12 minut, sędzia ustawia piłkę, a rywal czeka i czas leci. Nikomu się to nie podoba, ani kibicom, ani nam. Znieśmy to „mercy rule”, to zdążą wszyscy pograć.

fot. Marcin Fijałkowski, Interception

Tak łatwe wygrane w Polsce mogą mieć wpływ na mecze w Europie. Swarco Raiders Tirol prezentują wyższy poziom, ale w rywalizacji z nimi brakowało wam koncentracji przez wszystkie kwarty. W PLFA nie toczycie bojów do ostatniej sekundy

Doszliśmy do momentu, że w meczach ze słabszymi drużynami mamy problem ze skupieniem się. Wchodzę do szatni i widzę, że nie jesteśmy nakręceni. Nawet trener nie może nas zmotywować. Inaczej było przed Swarco, wtedy nie wychodziłem z szatni. W innych przypadkach spacerek po boisku, ktoś rzuci piłką, zobaczy jaka jest pogoda. Jak ktoś zdobywa z nami kilka punktów, to nie dlatego, że świetnie zagrał tylko dlatego, że gramy na pół gwizdka. Najważniejszy wtedy nie jest wynik, ale brak kontuzji. Nie klepiemy się po meczach po dobrym przechwycie. Może zabrzmi to buńczucznie, ale z niektórymi drużynami nie liczymy statystyk, bo nie wypada. Drugi skład też nie może grać cały sezon, bo istotne jest ogranie.

Ze Swarco przegraliście, ale głowy mieliście podniesione.

Byliśmy zmęczeni, ale wstydu nie przynieśliśmy. Wiele bym dał, żeby takie mecze grać co tydzień. Ostatni raz tak ciężko było podczas Final Four Ligi Mistrzów na stadionie przy ul. Oporowskiej, gdy graliśmy z Danube Dragons i Milano Seamen. Wtedy czujesz podczas trzeciej próby, jak mówią Amerykanie, „pieniądze leżą na murawie i pytanie, kto je podniesie”. Gdy Swarco zdobywali pierwszą próbę, to miałem do siebie żal, bo znów trzeba będzie się sprężyć, a najchętniej usiadłbym na ławce i odpoczął. Chcę czuć każdą akcję, a nie zastanawiać się w meczu o nic, że ktoś mnie uderzy w kolano. W meczach ze słabszymi rywalami nie dobiegam na gang tackle, bo boję się, że znów wyleci mi bark. To zabija ten sport i ligę, ale to nie nasza wina. Wylewamy litry potu na siłowni przez cały rok i motywujemy się każdym powtórzeniem ze sztangą że nie będziemy znów płakać po finale.

Jak daleko polskiej lidze jest do poziomu profesjonalizmu Swarco?

Bardzo daleko. Nie ma w kraju żadnej takiej drużyny. My możemy co najwyżej skrobać ich po piętach, ale reszta ligi jest 20 lat za nimi. Organizacyjnie, podejściem, planem meczowym, zmianami personalnymi… W Swarco nad wszystkim ktoś sprawuje pieczę. Przeprowadzany jest stretching z fizjoterapeutą, oddzielne sesje z trenerami formacji. Do tego przyjechali do Wrocławia autokarami z łóżkami. To zdecydowanie czołówka klubów w Europie razem z New Yorker Lions i Schwaebisch Hall Unicorns z Niemiec. Marzy mi się polska liga tak silna jak austriacka złożona z klubów pokroju: Vienna Vikings, Graz Giants, Danube Dragons, Swarco Raiders Tirol. Jak dorobimy się czterech drużyn na poziomie europejskim, które będą się rozwijać w podobnym tempie, to będzie sukces. Seahawks i Lowlanders też wygraliby z Triangle Razorbacks, ale kwestia czy dograliby później sezon w Polsce? Nie wiem czy inne zespoły na to stać. W głowie mi się nie mieści, że jako reprezentacja przegrywamy z Duńczykami.

fot. Marcin Fijałkowski, Interception

Można jeszcze mówić o klasyku Wrocław-Warszawa? Z ostatnich ośmiu meczów przegraliście tylko jeden - pierwszy po fuzji. W pozostałych byliście zdecydowanie lepsi.

Ostatni klasyk to był finał w 2013 r. na Stadionie Narodowym. Wtedy Eagles po raz ostatni byli prawdziwą drużyną. Nie chcę niczego ujmować chłopakom, ale tamtej Warszawy bałem się, bo byli twardzi i tworzyli monolit. Niestety w lidze nie ma już TOP 4, jest TOP 3. Bliżej jest im do dołu tabeli, niż do góry. Smutne. Gdy dowiedziałem się, że zagramy z nimi w półfinale to pomyślałem „super, dobrze, że nie Lowlanders lub Seahawks”.

Bo najtrudniejszy mecz lepiej zagrać w SuperFinale.

W finale nie liczy się to, co było wcześniej. Seahawks pokazali to już dwukrotnie. Liczy się plan meczowy, skupienie i forma w decydującym momencie. Dlatego finał jest tak wyjątkowy i nieprzewidywalny, jak pokazały ostatnie lata. Serce mówi, żeby zagrać z Lowlanders, bo byłoby to coś nowego dla ligi. Ale rozum podpowiada jednak Seahawks.

Można już mówić, że Panthers Wrocław należą do elity europejskiego futbolu? Wygraliście pięć z ostatnich sześciu meczów na Starym Kontynencie.

Elita składa się z 5-6 drużyn. Na razie do niej pukamy, ale jesteśmy szanowani i dobrze postrzegani. Myślę, że 10-12 miejsce w rankingu jest dla nas odpowiednie. Jeszcze organizacyjnie i zapleczem kadrowym trochę odstajemy, ale ciężko pracujemy. W GFL jest 45 zawodników na równym poziomie.

Jakie wnioski wyciągnęliście po tegorocznych rozgrywkach europejskich?

Można powiedzieć, że jestem fanem Swarco i gra przeciwko nim była spełnieniem marzeń. Mogliśmy się sprawdzić z drużyną rywalizującą z ekipami z NCAA. Znam ich skład, obserwuję ich od dawna, oglądam transmisje internetowe. Pełne zawodowstwo. Mimo to, napędziliśmy im stracha prowadząc 13:3. W finale mogliśmy zagrać z Serbami Kragujevac Wild Boars, którzy rozbili kiedyś Devils Wrocław. Rewanż byłby słodki.

Jesteś jedną z niewielu osób, która regularnie śledzi europejskie ligi.

Zgadza się, ale jestem patriotą i lubię porównywać, jak Polska wypada na tym tle. Chłopaki w PLFA nie muszą nas lubić, ale reprezentujemy ich na arenie międzynarodowej. Kiedyś lepiej od nas grano w Serbii, Włoszech, Szwecji, Anglii. Teraz patrzę na nich i myślę sobie „Boże! Pokazałbym im, jak Polacy grają w futbol”. Zdziwiliby się, tak jak Duńczycy rok temu, gdy robili selfie bez koszulek przed meczem. Jak dostali łomot, to prawie się rozpłakali.

Zacząłeś grać w futbol w 2007 r. Wygrałeś wszystko, zaraz będą igrzyska sportów nieolimpijskich The World Games z całą oprawą i medalami. Zagrałeś przeciwko Swarco. Co dalej?

Ja to kocham! Nie ma możliwości, żebym był spełniony. Wygrywanie to wisienka na torcie. Dopóki zdrowie pozwoli, to będę grać. Myślałem o emeryturze, ale jest na to za wcześnie. Futbol to styl życia, nie wyobrażam sobie bez tego mojej codzienności.

fot. Marcin Fijałkowski, Interception

Kiedy ostatni raz płakałeś z bezsilności na boisku? To był po przegrany finał z Devils w 2010 r.?

Był drugi taki moment. Bezsilność i bezradność odczuwałem po przegranym finale w Gdyni w 2014 r. Zobaczyłem minę mojego brata i jego przeszklone oczy… Miesiące pracowaliśmy na to, żeby nie dopadła nas bezsilność i to przyszło w finale. Nie byliśmy wtedy jeszcze drużyną, tylko zlepkiem nazwisk. Coś we mnie pękło, ale znów wszystko powtórzyło się rok później. Po finale we Wrocławiu odebrałem statuetkę dla najlepszego linebackera, ale miałem ochotę cisnąć nią w trybuny i wyjść. Trzeba porażkę przyjąć z pokorą.

Wielkich sportowców nie kreują zwycięstwa tylko porażki. Michael Jordan czy LeBron James najpierw przegrywali.

Trafiłeś w samo sedno. Od małego podziwiałem Jordana. Jak go pytali ile miał zwycięstw, to odpowiadał ile meczów przegrał. Na pytanie, ile zdobył punktów, podkreślał ile razy nie trafił do kosza.

A Ty ile razy przegrałeś?

Na pewno mniej niż wygrałem (śmiech). Myślę, że nie uzbierałoby się więcej niż 20 meczów. W finałach PLFA mam bilans 4-4. Do tego jeszcze wygrana w Lidze Mistrzów. Niektórzy to bagatelizują, ale niech najpierw to przeżyją. Łzy w oczach i ból każdej części ciała. W Stanach Zjednoczonych nie można grać częściej niż raz na pięć dni, a my mieliśmy trzy mecze w osiem.

To było zabójstwo.

To prawda. Bardzo długo wielu z nas dochodziło do siebie. Sam pojechałem na zgrupowanie reprezentacji Polski do Cetniewa nie w pełni sił. Przez pierwszy tydzień leczyłem się, wielu chłopaków potraciło zdrowie ze względu na kontuzje mięśniowe i zmęczenie materiału. Wracając z finału w Białymstoku nie świętowaliśmy. Wypiliśmy po jednym piwku na zakwaszenie.

I już trwała fizjoterapia. Masaże na fotelach, w przejściu między siedzeniami…

I na przystankach. Final Four rozpoczęliśmy w niedzielę rano, gdy wracaliśmy autokarem do Wrocławia. To był szalony tydzień, nie wiem czy ktoś byłby w stanie to powtórzyć.

Siedzimy na trybunach nowego Stadionu Olimpijskiego. Patrzymy na sztuczną murawę z wymalowanymi liniami, kolorowe krzesełka, a nie wyrwane ławki. Leje rzęsisty deszcz, a my nie mokniemy, bo siedzimy pod dachem. Co czujesz patrząc na to?

Duma mnie rozpiera. Nie ma i nie będzie u mnie tak, że wyjdę z szatni i nie pojawi się uśmiech na twarzy na ten widok. Do dziś nie wierzę, że to zrealizowaliśmy. Miasto zrobiło dla nas wiele, jednak doceniają to przede wszystkim weterani. Widzę po młodych adeptach Panthers, że przyszli na gotowe i im się należy. Chcą mieć szatnie i wszystkie wygody. Jak ja zaczynałem i padał deszcz, to przebierałem się pod drzwiami od samochodowego bagażnika. Na rozgrzewce przepychaliśmy opla pod górkę.

Elementem rozwoju każdej dyscypliny jest przyjście młodzieży, która nie pamięta o pionierach, o trudnych początkach.

Dlatego ciężko im wyobrazić sobie boisko z miejscem po ognisku na środku murawy i wydeptanym szkłem pod bramkami lub korzeniami przy liniach bocznych. Młodzież czasem nie ma szacunku do przeszłości i jest to irytujące.

fot. Marcin Fijałkowski, Interception

Jaką spuściznę po sobie zostawisz? To sztuczne boisko, które wydeptaliście na szkle i błocie czy złote medale w gablocie?

Dla obecnych juniorów spuścizną nie będą nasze medale. Jeśli utrzymają tempo rozwoju, to oni nasz dzisiejszy poziom wyśmieją za 10 lat. Oczekuję, że obecni 19-latkowie powiedzą za dekadę patrząc na nas: „ale oni byli słabi”.

To może mała zabawa we wróżbiarstwo. Jak będzie wyglądać futbol amerykański w Polsce za 10 lat?

Jeśli Lowlanders nie zwolnią tempa, Seahawks nadal będą grać dobrze, a Eagles podniosą się organizacyjnie i sportowo, to liga nabrałaby rozpędu. Potrzebujemy mocnej i wyrównanej ligi dla sponsorów oraz telewizji. Ciężko oczekiwać, żeby w każdym mieście był taki stadion jak we Wrocławiu, nam pomogło The World Games 2017. Wystarczy jednak taki obiekt, jak przy ul. Konwiktorskiej. Niech Eagles grają nawet pod Warszawą, ale mają na stałe boisko dla siebie. Liga sprzeda się reklamodawcom, jeśli będzie kilka mocnych drużyn, a nie jedna. Nie ma nic ciekawego w wygrywaniu do zera co tydzień.

Ktoś w tym momencie może powiedzieć, że Kamil Ruta prezentuje dawny styl The Crew i zgrywa cwaniaka.

Będę zawsze człowiekiem The Crew i powiem innym, że wychodzę na boisko, żeby zlać komuś dupę. Trash talking w tej lidze był od zawsze. To część futbolu amerykańskiego.

Miękka klucha nie znajdzie tu miejsca dla siebie.

Jakby była taka klucha w naszym zespole, to zaraz zostałaby ulepiona. Z chęcią zapytam inne zespoły czy jeśli wygrywaliby wszystko od półtora roku to podchodziliby do meczu na 100 proc. bez delikatnego lekceważenia przeciwnika? Zawsze uważałem, że największym okazaniem szacunku rywalowi jest granie najlepiej, jak się da danego dnia zamiast wygrać 20:12 i pisać, że mieliśmy słabszy dzień. Mamy odpuszczać? Czekam na odpowiedź.

Piotr Bera
p.bera@bp.plfa.pl
Biuro Prasowe PLFA