Piąta próba

Autor: Jakub Kaczmarek Opublikowano dnia: 12 czerwca 2017 | Komentarze: 0

Przed nami już tylko SuperFinał. Czwarty z rzędu w tym samym składzie, ale czy już teraz można przesądzać o jego rozstrzygnięciu? Dzisiaj swoimi wspomnieniami i opiniami dotyczącymi półfinałów, ale i perspektywach na łódzki finał, dzielą się Filip Mościcki, Antoni Omondi, Jan Trojniak oraz Jacek Sikora.

Wicemistrzostwo zobowiązuje

Półfinał rozgrywany w Białymstoku był chyba jedną z największych niewiadomych w kontekście ostatecznego rozstrzygnięcia. Goście przystępowali do tego meczu w kompletnie nowym wydaniu, aniżeli miało to miejsce w sezonie zasadniczym, a gospodarze rozstawieni z drugim numerem, co już było sukcesem w porównaniu do zeszłorocznych rozgrywek. To spowodowało, że choć wielu wierzyło w zamianę miejsc w SuperFinale, to jednak nie było to tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Tradycji jednak stało się zadość, ale tym razem wynik był jednoznaczny.

 

Jastrzębie od pierwszej do czwartej kwarty udowodniły, że w pełni zasługują na miejsce w finale. W ostatnich półfinałach Ludzie z nizin byli ofiarą własnych błędów, niedociągnięć i braku doświadczenia w ostatnich minutach, ale tym razem stanęli przed murem nie do przejścia. Wiele kontuzji na przestrzeni całego sezonu i brak ławki rezerwowych nie pozwoliły na równą walkę przez wszystkie części meczu. W pierwszej połowie wydawało się jeszcze, że można spróbować oszukać rzeczywistość, ale po przerwie aktualna sytuacja kadrowa białostoczan została zweryfikowana przez rywali. Do tego doszła perfekcyjna gra wicemistrza Polski i zespól z Podlasia musiał uznać wyższość rywala.

 

- Po stronie Białegostoku na wyróżnienie zasługuje Tomek Zubrycki. Za złapanie wielu podań, w szczególności tych w swoim stylu, przy bocznej linii boiska, a także Damian Kołpak, który odnotował złapane podanie w polu punktowym, a także skutecznie podał na przyłożenie - wyróżnia Antoni Omondi, kapitan Warsaw Eagles i zawodnik Reprezentacji Polski.

- Boję się, że to starcie półfinałowe może zacząć mieć równie regularny skład jak ostatnie SuperFinały. Co gorsze, świetnie grający na początku sezonu Lowlanders tym razem pokazali, że nie starczyło im paliwa na play-offy. O ile gdynianie z meczu na mecz grają pewniej, o tyle gospodarze notowali tendencję spadkową. Nie wiem czy to wynika ze złego przygotowania do sezonu, czy po prostu przeciwności losu, niemniej jednak, stało się to czego można było się obawiać - kolejny SuperFinał w składzie Seahawks-Panthers - opiniuje Filip Mościcki, rozgrywający Kraków Kings.

To pierwszy raz, kiedy Lowlanders byli tak bezbronni w starciu z odwiecznym rywalem. Nie można odbierać im ambicji i woli walki, ale wydaje mi się, że w pewnym momencie sami uświadomili sobie jak wielu argumentów brakuje im w tym meczu. - W drugiej połowie gdynianie wykorzystali wszystkie błędy Lowlanders, odskoczyli na dwa przyłożenia i nagle wszystko „siadło”. Przegrali, przede wszystkim, przez zbyt dużą liczbę kar w kluczowych momentach i indywidualne błędy zawodników - twierdzi Jacek Sikora, zawodnik Tychy Falcons. I faktycznie, gdy jeszcze w trzeciej kwarcie odrobili straty do jednego przyłożenia, to zawiodła defensywa i zniwelowała wysiłki kolegów z przeciwnej formacji. W poczynaniach gospodarzy było zbyt dużo sytuacji, które można byłoby określić: „a co by było gdyby...”, podczas gdy podopiecznymi Macieja Cetnerowskiego można się było tylko zachwycać.

- W drużynie z Gdyni na wyróżnienie zasługują skrzydłowi, którzy łapali prawie wszystkie piłki od swojego rozgrywającego (często w dużym tłoku) oraz Janek Domagała, autor trzech przyłożeń po akcjach biegowych, a także kilku znaczących pierwszych prób. Ponadto pierwsza linia obrony świetnie sobie radziła z grą biegową Lowlanders  - zaznacza Omondi.

- Bardzo mi się podobała pierwsza połowa meczu. Naprawdę fajnie się ją oglądało. Dużo niespodziewanych zagrań, zmyłki, zwroty akcji, przechwyty, przyłożenia i nawet świetnie wykonana dwuminutowa seria ofensywna. Co więcej, pierwsza połowa dała nam nadzieje, że ten mecz będzie wyrównany i po raz kolejny, do samego końca, nie będziemy wiedzieli kto zagra w finale. Jak się skończyło dobrze wiemy, niemniej jednak jestem wdzięczny czarno-żółtym drużynom za to co pokazalły, bo naprawdę fajnie się to oglądało - chwali Mościcki.

Można by było spytać: „Czy można się jeszcze cieszyć z awansu do finału, kiedy to już przecież czwarty raz z rzędu?”. Przed tym trzeba sobie uświadomić, jak daleką, wyboistą i wymagającą drogę przeszli w tym roku, żeby osiągnąć taki sukces. Całkowitą kompromitację z pierwszej części rozgrywek zdołali zamienić w walkę o mistrzostwo Polski. Ileż to mieliśmy kandydatów do niego. Oprócz oczywistych Panthers, w pierwszoplanowej roli stawiano białostoczan, niektórzy mieli nadzieje na niespodziankę w postaci awansu Falcons, a i Eagles po pierwszych zwycięstwach zaznaczyli swoją wstępną kandydaturę. Kiedy Seahawks zakwalifikowano do ustąpienia miejsca w meczu o mistrzostwo, ci w dwa tygodnie przegrupowali swój skład, zmienili koncepcję i po raz kolejny pokazali, że tak łatwo nie można odstawić ich na boczny tor. Maciej Cetnerowski znów wyciągnął „asa z rękawa” i pokazał, dlaczego jest najlepszym polskim trenerem w naszej lidze. Nie tylko zagwarantował swojej drużynie miejsce w finale, ale i spowodował, że triumf Panter w Łodzi wcale nie musi być taki oczywisty…

- Nie podobała mi się ilość strat po obu stronach. Niestety, zawodnicy mieli wyraźne problemy z utrzymaniem futbolówki. Oczywiście, dodaje to zawsze dramaturgii spotkania i pozwala marzyć o zaciekłym boju, lecz nie do tego nawiązuję. Jak wspominałem poprzednio, drużyną do pokonania w tym roku są Panthers Wrocław. By tego dokonać trzeba kontrolować czas gry i nie popełniać błędów. A tych wdało się zbyt wiele by móc przypuszczać, że którakolwiek z tych drużyn mogła by wygrać w finale, chociaż mam nadzieję, że się mylę - zauważa lider krakowskiej drużyny.

Zwykła formalność (?)

- We wrocławskim półfinale Pantery pokazały, po raz kolejny, niesamowitą dyscyplinę. Wystrzegały się błędów, a pierwsze przewinienie popełniły dopiero w drugiej połowie. Widać, że wrocławianie dojrzeli i zrezygnowali z liderowania w kategorii największej liczby straconych jardów z powodu kar. Eagles w pierwszej serii ofensywnej pokazali, że można zdobywać boisko nawet przeciwko Panterom. Pomimo przechwytu w polu punktowym spodziewałem się lepszej postawy w dalszej części meczu, ale było dokładnie odwrotnie - wspomina Jan Trojniak, zawodnik i prezes Silesia Rebels.

W porównaniu do starcia czarno-żółtych ekip, pojedynek na Stadionie Olimpijskim był jednostronnym widowiskiem. Miałem szczerą nadzieję, że Orły postawią wrocławianom twardsze warunki. O ile jeszcze po pierwszej akcji ta wiara została podtrzymana, to z każdą kolejną minutą wyparowywała jak woda z gorącego czajnika. Po stronie warszawian nie było widać nic z tego co potrafili zaprezentować na początku sezonu, czy przeciwko Falcons w rundzie dzikich kart. Eagles dali się zdominować w każdym aspekcie gry… ale to w końcu nie pierwsza drużyna w tym roku, która tak wyraźnie uległa mistrzom. Czy w Polsce naprawdę nie ma ekip, które toczyłyby z Panterami równą walkę przez cztery kwarty?

- Bezsilność. To jedyne słowo, które przychodzi mi na myśl po meczu z Panthers. Nie byliśmy w stanie nawiązać walki na żadnej z możliwych płaszczyzn. Wynik 49:0 oraz uruchomienie ‘mercy rule’ pod koniec drugiej kwarty mówią same za siebie. 49 oczek na tablicy punktowej to  wynik trzech lat ciężkiej pracy wrocławskiego klubu, począwszy od zawodników, trenerów, a kończąc na strukturach organizacyjnych. Natomiast dwa zera to symbol niedojrzałości warszawskiego futbolu oraz braku porozumienia pomiędzy zarządzającymi stołecznymi klubami. Co ważne, problem ten nie dotyczy tylko Warsaw Eagles, ale wszystkich warszawskich klubów, czego świetnym przykładem jest fakt, iż Mikołaj Pawlaczyk oraz Mateusz Szczęk reprezentowali w mijającym sezonie barwy Białegostoku, który miał im więcej do zaoferowania niż stolica… Jestem pewien, że jeśli dalej nic się nie zmieni w tej kwestii, warszawscy kibice stracą możliwość oglądania kolejnych utalentowanych zawodników w barwach stołecznych ekip - ocenia z niezadowoleniem Antoni Omondi.

Nick Johansen po porażce w SuperFinale dwa lata temu, stworzył drużynę, która jest doskonała pod każdym względem. Nie tylko wiedzie prym na polskich futbolowych arenach, ale i w europejskich pucharach. Wrocławianie jako jedyni, stoczyli wyrównaną batalię z aktualnych tryumfatorem rozgrywek CEFL. Alex Ferguson polskiego futbolu amerykańskiego? To wcale nie przesadzona teza…

- Wszystko co robili Panthers Wrocław było dopieszczone do granic możliwości. Od organizacji, przez zawodników, po lokalnych kibiców. Ten mecz był kolejnym pokazem tego do czego powinny dążyć wszystkie organizacje (nie tylko futbolu amerykańskiego) w Polsce. Nie chcę mówić o perfekcji, bo jak dobrze wiemy zawsze jest miejsce na poprawę, ale naprawdę jestem dumny z tego, że mamy taką drużynę w Polsce. Oczywiście pod kątem sportowym fajnie jest zobaczyć Patryka, Adama i innych chłopaków w play-offowej formie. Rewelacyjną robotę robią szkoleniowcy i poszczególne sztaby Panthers. Mmyślę jednak, że trzeba docenić szczególnie osoby o których zazwyczaj nie jest tak głośno, a dzięki którym Wrocław staje się futbolową stolicą Europy środkowo-wschodniej. Brawa dla was! - wychwala Filip Mościcki.

Pomimo wielu efektownych akcji największa szkoda, że na etapie półfinału możemy opisać mecz mówiąc i piszących tylko o jednej drużynie. Różnica staje się, wręcz niebezpiecznie, ogromna. Z jednej strony to mało atrakcyjne i irytujące, ale z drugiej trzeba być dumnym, że ta dynastia to produkt naszego kraju. Wyobrażacie sobie ligę bez nich? Gdzie wtedy szukać autorytetu, motywacji do aktywnego działania dla zawodników i działaczy? Panthers są wyznacznikiem jakości i przykładem, że da się ją osiągnąć, nawet w sporcie niszowym. Oczywiście, nie każde miasto jest tak otwarte i pomocne, ale może pora zrozumieć, że warto się otworzyć?

 - Co mi się nie podobało? Mercy rule w play-offach. Nie chodzi mi tutaj o to, że powinno się tę zasadę wyeliminować z regulaminu. Chodzi mi o to, że w play-offach takie mecze nie powinny mieć miejsca. Liga powinna zacząć się zastanawiać co zrobić by różnica poziomów między drużynami nie była tak kolosalna. Jak podciągnąć resztę Topki do standardów wrocławian (tych niebiesko-czarnych)? Bo niestety, ale w tym momencie Orły nie należą już do Top-4. Na szczycie zostały już tylko 3 drużyny, a wszystko wskazuje na to, że za niedługo jedna z nich będzie sama dla siebie osobą ligą. A to jest sytuacja która, niestety, może okazać się dewastująca dla rozwoju PLFA - twierdzi Mościcki.

Zatem, czego spodziewać się po łódzkim finale? Czy czwarty mecz z rzędu pomiędzy tymi samymi drużynami może być jeszcze atrakcyjny?

Jan Trojniak: SuperFinał zapowiada się o wiele ciekawiej niż można by się tego spodziewać po przebiegu sezonu regularnego. Seahawks są wyraźnie na fali wznoszącej i mogą realnie zagrozić Panthers. Jednak aby tego dokonać potrzebują pomocy od drużyny z DDolnego Śląska w postaci ich błędów własnych. Bez tego mają niewielkie szanse na zatrzymanie wrocławian. Liczę na dobry mecz, który po raz kolejny będzie skuteczną reklamą dyscypliny.

Jacek Sikora: Nie ukrywam, że liczyłem na inną parę finalistów. Myślę, że Panthers pewnie wygrają, choć Seahawks z nowym rozgrywającym mogą nas zaskoczyć. Wszystko zależy od tego jak wejdą w mecz. To może, ale nie musi, być ciekawy, wyrównane spotkanie (przynajmniej w pierwszej połowie).

Antoni Omondi: Jako kibic życzyłbym sobie wyrównanego i emocjonującego pojedynku. Myślę, że aby tak się stało Gdynia musi przygotować coś, czym będzie mogła zaskoczyć Wrocław, tak jak w półfinale Białystok próbował zaskoczyć ich. Jeśli natomiast przyjmą założenie, że sama wymiana rozgrywającego wystarczy do zniwelowania przewagi z pierwszego meczu, pomiędzy tymi drużynami który odbył się w marcu, obawiam się, że przebieg finału będzie podobny do zeszłorocznego. Nie chciałbym, aby ktoś zrozumiał mnie źle. Uważam, że Joseph Bradley  jest świetnym zawodnikiem, który wniósł wiele świeżości do gry gdynian, a decyzja o jego sprowadzeniu w środku sezonu była odważnym, trafionym i bardzo dobrym krokiem. Jednak jestem również pewien, że Panthers trzymają jeszcze wiele „asów w rękawie”, a zapowiedzi niektórych zawodników, że zarówno po stronie ofensywy i defensywy pokazali tylko część swoich możliwości i zagrywek, nie są słowami rzucanymi na wiatr.

Większość kibiców najchętniej już teraz wręczyłoby puchar i medale aktualnym mistrzom. Trzeba jednak pamiętać o tym, że nie można patrzeć na ten mecz przez pryzmat sezonu regularnego. Seahawks to już kompletnie inna drużyna, z dużo większą jakością i większą liczbą argumentów boiskowych. Możemy się spodziewać nie tylko walki na boisku, ale i poza nim. Za sterami tych dwóch klubów staną najlepsi trenerzy w naszym kraju, którzy znają się jak łyse konie. Każdy z nich będzie próbował zaskoczyć i zaprezentować wszystko, co tylko ma najlepszego w swoim arsenale. Czy można zbagatelizować tegoroczny finał? Każdy z nas ma wybór, ale co jeśli mamy być świadkami jednej z największych niespodzianek w historii PLFA? Jak mogłoby nas wtedy zabraknąć? ;)

Oceny i spostrzeżenia zawarte w tym artykule są opiniami autora oraz cytowanych osób. Niekoniecznie są one zbieżne z opiniami klubów oraz ligi.

Jakub Kaczmarek
kaczmarek.jak94@gmail.com

Sonda

Które zespoły zagrają w finale PLFA J-11?