Wywiadowca: Michał Garbowski

Autor: Piotr Bera Opublikowano dnia: 16 czerwca 2017 | Komentarze: 0

Przed nami czwarta kwarta SuperFinałów Seahawks Gdynia-Panthers Wrocław. Dwie dla Was, jedna dla Panthers. Nuda?

W żadnym wypadku. Każdego roku chcemy im coś udowodnić, a oni nam. To po prostu kolejna bitwa na tej wojnie.

Michał Garbowski – karierę rozpoczął w 2007 r. Zdobył trzy mistrzostwa Polski (2012, 2014, 2015) oraz jest reprezentantem Polski. Popularny „Garbus” na boiskach PLFA słynie z potężnych uderzeń, które wymierza rywalom. Zawodowo zajmuje się instalacjami elektrycznymi do instalacji cieplnych.
karta informacyjna

Co tym razem chcecie im udowodnić?

Że potyczka z początku sezonu to było potknięcie. Tak samo jak porażka z Lowlanders. Każdy też widział mecz z Husarią, który wygraliśmy, ale poziomem odbiegaliśmy od naszych standardów. Źle rozpoczęliśmy sezon, ale niektórzy zapominają, że nie wolno nas skreślać. Po półfinale w Białymstoku coś o tym wiedzą.

Lowlanders od dawna depczą wam po piętach, rok temu uciekliście ze stryczka w ostatniej chwili. Ale znów mogą mówić w kategoriach „prawie się udało”…

Bo gra się do końca. Panthers Wrocław wygrali w 2015 roku w sezonie regularnym zniszczyli nas w dwumeczu 68:7. W finale spoczęli na laurach i to się zemściło na nich w SuperFinale. Lowlanders powinni brać korepetycje z tamtego sezonu, a nie wzięli. Dlatego znów skończyli na półfinale.

W trzeciej kwarcie było tylko 28:20 dla Seahawks. Jednak w ostatniej odsłonie nagle im odjechaliście. SKM-ka ruszyła, a pasażer został na stacji.

Nie wytrzymali psychicznie. Byli zdenerwowani, a my staraliśmy się uspokoić grę. Długo nam nie wychodziło, a w obronie popełnialiśmy karygodne błędy. Jednak w czwartej kwarcie ochłonęliśmy. W decydującej fazie meczu Seahawks są najmocniejsi. Wiara w zwycięstwo dodaje nam sił, Lowlanders jeszcze tego nie potrafią, ale posiądą tę umiejętność, jeśli nie zboczą z obranej drogi. 

Jakub Mazan w spocie przed SuperFinałem wymienił słabą psychikę, jako piętę achillesową Panthers Wrocław. Zgadzasz się z nim?

Myślę, że tak. Rok temu zachowaliśmy się tak samo, jak Panthers w sezonach 2015 i 2014. Nie skupiliśmy się i przegraliśmy. Kluczem w finale w Łodzi będzie maksymalna koncentracja przy każdym zagraniu. I powtórzenia. Do upadłego.

Jesteś jednym z zawodników, którzy byli w PLFA prawie od początku. Karierę rozpocząłeś w 2007 roku, a w 2008 otrzymałeś statuetkę dla najlepszego linebackera ligi. Mija 10 lat i nadal jesteś w świetnej formie, choć nie chodzisz na siłownię. Jaki jest przepis na sukces „Garbusa”?

Nie ma żadnego klucza. Po prostu od dziecka kochałem sport, trenowałem piłkę nożną i ręczną, a futbol amerykański najbardziej jest najbliższy memu sercu. Nigdy nie przykładałem się do siłowni, po prostu grałem, jakby jutra miało nie być. Niedawno miałem kontuzję kolana, w grudniu zszywali mi łąkotkę. Szybko zacząłem chodzić, a w lutym byłem na treningu. Musiałem zrobić wszystko, żeby pomóc chłopakom.

Nie przepadasz za treningami, a mimo to spieszyło Ci się do szybkiego powrotu, choć przy takich kontuzjach zaleca się cierpliwość.

Kiedy chłopaki wylewają siódme poty, to ja nie mogę siedzieć bezczynnie i być z boku. Niemniej mecz to coś kompletnie innego. Na treningu nie mogę się skupić, do tego nie chcę uderzać swoich kolegów.

Sebastian Krzysztofek jak skończył karierę, to przyznał, że brakuje mu twoich uderzeń. Czyli czasem przywaliłeś.

Zdarza się czasem wymiana zdań, ale zawsze starałem się unikać mocnego uderzenia. Może dlatego „Bambo” tak tęskni, bo nie poczuł na maksa zderzenia ze mną. Są gracze niezwykle nam potrzebni i trzeba ich oszczędzać. Wychodzę z założenia, że wszelkie konflikty rozwiązuje się na murawie. Milczenie jest złotem, a jedna akcja wystarczy, żeby pokazać, co masz do powiedzenia.

Stąd jesteś postrachem ligi? Nie jest tajemnicą, że weterani Panthers straszą Tobą Adama Skakowskiego. Mówią mu, że jeśli nie postawi im pizzy, to powiedzą Michałowi Garbowskiemu, co Adaś opowiadał o jego matce.

(śmiech) Może zasłużyłem na takie miano, w końcu niejeden zawodnik ode mnie dostał. Wiele osób niezwiązanych z futbolem pyta mnie, na co mi to wszystko. Chodzę obolały, wydaję majątek i mam mniej czasu dla rodziny.

I co odpowiadasz?

A co mam innego robić? Jak mam zły humor to się wyżyję na boisku i jeszcze poklepią mnie po plecach i pochwalą. Wkładam w uderzenia moje problemy pozaboiskowe.

Kiedy miałeś tak duże problemy, że katharsis futbolowe pomogło Ci w życiu prywatnym?

W 2008 roku prawie zawaliłem studia na Politechnice Gdańskiej na Wydziale Inżynierii Środowiska. Nie szło mi i szczerze mówiąc problemy pojawiły się częściowo z powodu futbolu. Wtedy niepowodzenia w sali wykładowej odreagowałem dobrym sezonem na boisku.

Jesteś monterem rozdzielnic elektrycznych?

Kierownikiem firmy produkującej rozdzielnice elektryczne do instalacji cieplnych. Oferujemy montaż, serwis, naprawę…

Kompletnie nic z tego rozumiem… ale wiem, że dowodzisz ludźmi nie tylko w firmie, ale także na boisku.

Przejąłem tę rolę po Tomku Sikorze. Był kapitanem obrony, a ja początkowo grałem w ataku. Pamiętam mój pierwszy mecz, gdy Gaweł Pilachowski grał jako defensive end i złamał rękę. Wszedłem za niego na obronę i walczyłem w dwie strony. Maciej Cetnerowski postawił jednak na mnie w defensywie. W ataku nie ma dla mnie miejsca.

Kto wie, może w ataku Seahawks Gdynia zagra kiedyś Twój syn Kuba.

Na pewno nie będę musiał go zmuszać do futbolu, bo był nim zarażony jeszcze w brzuchu matki – na finale na Stadionie Narodowym w 2012 r. żona była w ciąży. Kuba i moja córka Michalina są na każdym meczu. Nie ma dnia, żebym nie musiał mu rzucać piłki, chodzi w kaskach i padach. Nie pozwala nawet oglądać piłki nożnej, bo liczy się futbol. Ma jednak niecałe pięć lat i musi zacząć od czegoś innego, bo tak małe dzieci w Polsce jeszcze nie grają.

Ponoć najlepsze na początek jest pływanie. Uczy dyscypliny i rozwija wszystkie partie mięśni.

Widać to po Kamilu Rucie, który jest doskonałym atletą. Był już jedną nogą na Igrzyskach Olimpijskich, ale go nie wzięli do kadry. Patrząc na jego zaangażowanie myślę, że mógłby coś zdziałać. Kto wie, może dzięki temu oglądamy go jednak na boiskach PLFA.

Co powoduje, że od 2012 r. utrzymujecie najwyższą formę? Wcześniej zagraliście w dwóch finałach, ale bywały też gorsze sezony.

Futbol wtedy raczkował, ktoś doskakiwał do drużyny i brakowało zgrania. Sezon 2009 był nieszczęśliwy dla mnie i „Bamba”. Ja wyleciałem z kontuzją kolana na dwa lata, a Sebastian na rok. Było sporo problemów kadrowych, na szczęście później pojawiały się nowe twarze w drużynie. I są do dziś. Jakub Krystecki, nadal gra Maciek „Siema” Siemaszko, „Bestia” Łukasz Miotke. Każdy zadał sobie pytanie czy dalej chce mu się grać na poważnie czy raczej będziemy się bawić. Odpowiedź była oczywista. Seahawks to rodzina, razem wygrywamy i przegrywamy, i razem balujemy. Teraz trwa wymiana pokoleniowa, ale ja już mam swojego następcę.

Kogo?

Tobiasza Nowickiego.

Będą się go bać?

To inny typ zawodnika, nie taki „hard hitter” jak ja. Gra bardziej technicznie, ale już zastąpił Granta de Palmę. Wdarł się do składu za Amerykanina i daje radę. Został zauważony i to będzie procentować.

Ma na kim się wzorować.

O trenerce raczej nie myślę, bo nie lubię treningów. Nie potrafię sprzedać wiedzy, zawsze byłem samoukiem. Raczej po zakończeniu kariery poświęcę czas rodzinie. Ale korci zagranie ze dwóch sezonów w PLFA II, gdy skończę przygodę z Topligą.

Nie lubisz treningów ale dojeżdżasz na nie po 35 km w jedną stronę. Idziesz w zaparte.

Wyjeżdżam o 19.30, a wracam o 23.30. Kocham ten sport i nie mogę tego olać. Zdarza się, że nie trenuję, bo muszę zostać z dziećmi, albo więcej pracować. Na szczęście Maciek to rozumie, ale czasem coś powie pod nosem. Tak to już jest.

Jak udaje Ci się pogodzić to wszystko z futbolem? Dwoje dzieci, firma i jeszcze buldog francuski na dokładkę.

Mamy nawet więcej psów (śmiech). Żona narzeka za każdym razem, gdy jadę na trening. We wtorek znów humoru nie miała i nie odzywała się do mnie. Dzieci też zwykle nie są zadowolone, bo chcą jechać z tatą. Jednak to wszystko mija i w dzień meczu nie myślimy o niczym innym. Jak nie ma sezonu, to jest ciężko. Dzieci nie ubierzemy w żółto-czarne barwy, nie wiadomo, co ze sobą zrobić. Cała rodzina jest zarażona futbolem.

Wirus gdyński rozprzestrzeni się jeszcze bardziej?

Mam taką nadzieję. Spędzamy z chłopakami mnóstwo czasu, dzieci razem się bawią, żony się spotykają.  Ostatnio idolem syna został Jakub Mazan, ale nie wiem czemu. Pamiętam, jak Panthers Wrocław grali ze Swarco Raiders Tirol, to siedział i krzyczał w domu „Panthers!”. Nie wiem skąd, to wziął, bo zapewniam, że nigdy tak nie robiłem. Nie byłem szczęśliwy, ale tego dnia Pantery połączyły cały kraj.

W piłce nożnej to nie do pomyślenia. Trudno wyobrazić sobie wsparcie w pucharach Lechii Gdańsk dla Arki Gdynia.

Na szczęście u nas jest inaczej. Futbol nadal się rozwija i jeśli ktoś osiągnie sukces poza Polską, to trzeba go wspierać. To był dzień Panthers, równie dobrze mogli wystąpić w biało-czerwonych koszulkach. Pokazali świetny futbol.

Przeżyłeś już dwie rekonstrukcje kolana i niezliczoną ilość mniejszych urazów. Nie boisz się, że wejście po schodach będzie dla Ciebie wyzwaniem?

Nie wyobrażam sobie życia bez sportu. Nie wyglądam może jak sportowiec, ale moje serce pompuje krew, gdy gram. Moja siostra mi pomagała, żebym wrócił do zdrowia. Jestem jej bardzo wdzięczny. Mimo wielu wyrzeczeń żona wie, że jest na pierwszym miejscu. No ale futbol razem z nią. Gdybym mógł cofnąć czas, to nic bym nie zmienił. Wspomnień związanych z Seahawks Gdynia nikt mi nie zabierze.

Braterstwo broni

Tak jest. I nie oddałbym tego za nic w świecie.

Piotr Bera
p.bera@bp.plfa.pl
Biuro Prasowe PLFA

Sonda

Które zespoły zagrają w finale PLFA J-11?