CENTRUM MECZOWE 15 lipca, 2012 17:00

Seahawks
Gdynia
52
12 I 7
20 II 17
13 III 6
7 IV 7
- OT -
37
Eagles
Warszawa
rozwiń ͮ
 

SuperFinał: Ofensywny i ofensywniejszy

Opublikowano dnia: 17 lipca 2012 | Komentarze: 0

W trwającym 48 minut sprinterskim wyścigu dwóch formacji ataku, Warsaw Eagles od początku byli stroną zmuszoną gonić rywala, któremu tego dnia nie zdarzyło się nawet jedno potknięcie. Seahawks, zdobywając mistrzostwo, wygrali przy okazji najważniejszy mecz w dziejach polskiego futbolu amerykańskiego.

Po całym sezonie oczekiwań, zwieńczonym tygodniem zmasowanej kampanii promocyjnej (z obszernymi materiałami zapowiadającymi SuperFinał w największych telewizyjnych serwisach informacyjnych kraju na czele) w sobotę 14 lipca okazało się, że wyprzedano już prawie całą zarezerwowaną na to wydarzenie pulę biletów. Na Stadionie Narodowym miało zasiąść 23 tysiące widzów, czyli... prawie tyle ilu mieszkańców liczy całe miasto gospodarz ubiegłorocznego finału, Bielawa. To się nazywa „dynamiczny rozwój” (i przewaga dużego rynku nad rynkiem mniejszym).

Impossible is...
Magiczna liczba, o której wszyscy sympatycy futbolu już w niedzielę wiedzieli, sprawiła, że jeszcze przed pierwszym wykopem w powietrzu wyczuwalna była atmosfera sukcesu. To był dzień święta, na które tak wiele osób pracowało od co najmniej sześciu lat. Święta na najładniejszym obiekcie w Polsce, który jest przecież symbolem największej imprezy sportowej w polskiej historii i wspólnego wysiłku. Podobieństwo między Euro2012 a SuperFinałem VII jest zresztą przede wszystkim takie, że tu i tam wielu nie wierzyło, że to w ogóle możliwe. A jednak się udało.

Ray Lewis, ciągle grająca legenda Baltimore Ravens, miał w zeszłorocznej przemowie tylko jedną rzecz do powiedzenia studentom swojej byłej uczelni. Przekazał im kluczową lekcję futbolu: - Co sprawiło, że doszedłem tak daleko? Że jestem w takim miejscu? Tylko wysiłek. Nic poza tym, tylko mój wysiłek. Wspominam o tym tutaj, bo równie pewnym głosem i z podobnie przeszywającym wzrokiem przemawiał na konferencji prasowej po SuperFinale Tommy Wiking prezes Międzynarodowej Federacji Futbolu Amerykańskiego (IFAF). - Jaka jest przyszłość futbolu w Europie? Nikt na pewno nie będzie mógł już mówić, że czegoś nie da się zrobić, że coś jest 'niemożliwe'. Jeśli sobie coś wymarzysz, naprawdę ciężką pracą możesz to osiągnąć. Ci faceci z PZFA udowodnili to dzisiaj wszystkim.

Spróbujmy!
(Mimo nazywania tego dnia „najbardziej stresującym w życiu” na Facebookowym profilu SuperFinału) samo „udowadnianie” przebiegało raczej przyjemnie. Godziny przed pojedynkiem Orłów i Jastrzębi tłumy, przy sprzyjającej pogodzie, spędzały spacerując dookoła stadionu, stojąc w długich kolejkach po napoje i jedzenie albo próbując swoich sił w amerykańskich dyscyplinach. Przedstawiciele kilku warszawskich klubów uczyli zainteresowanych przechodniów strzelać na bramkę w lacrossie, rzucać futbolówką do celu czy odbijać piłki base- (i soft-)ballowym kijem.

Osoby w koszulkach klubów PLFA i NFL mieszały się tam z zupełnymi laikami. Ci ostatni, zwabieni w niemałym stopniu perspektywą przyjrzenia się samemu stadionowi podczas dużej imprezy, byli w większości pozytywnie nastawieni i otwarci na nowe doświadczenia. Dobrze obrazuje to zdjęcie, które na jeden z portali społecznościowych dodał spod bramy Narodowego mój znajomy, dla którego miało to być pierwsze spotkanie z futbolem na żywo. Na pierwszym planie jego zdjęcia widać, jak trzyma w ręce – rozdawane każdemu przy wejściu, obrazkowe - Podstawowe Zasady Futbolu Amerykańskiego. W tle stoi nieco rozmyty Stadion Narodowy. Podpis brzmi: „Ok, spróbujmy!”.

Szczęśliwego lądowania
Czas upływał szybko. Po 16:00 fanów rozgrzał dodatkowo występ Orkiestry Wojskowej Sił Powietrznych z Bytomia, która również odegrała hymn Polski, po którym nadszedł czas na prezentacje drużyn. Pierwsi z tunelu wyszli gospodarze spotkania, Seahawks. Dosłownie, „wyszli”: prowadzone przez Kyle'a McMahona i Josha LeDuca Jastrzębie powoli wymaszerowały na środek murawy (trochę jak rok wcześniej The Crew). Na inne rozwiązanie postawiły Orły, które na arenę wbiegły (trochę jak rok wcześniej Devils) za swoim energicznym przywódcą, Krzysztofem Dregerem.

W losowaniu stron obu ptasim ekipom szczęśliwego lądowania życzył kapitan PLL LOT, Tadeusz Wrona. Piłkę jako pierwsze odbierały Jastrzębie. Zaczęły od poślizgu Petera Plesy w akcji powrotnej (kilku graczy narzekało później na to jak śliska była murawa Narodowego), ale kolejne kroki stawiały już pewnie. McMahonowi nie przeszkodził nawet sack Dregera, po którym Seahawks i tak poradzili sobie z trzecią próbą i sporą ilością jardów do przejścia. Wynik otworzył wreszcie sam amerykański rozgrywający: ustawił pięciu skrzydłowych, ale z piłką pobiegł osobiście, wskakując na końcu w pole punktowe.

Tajemniczy #84
Atak Orłów musiał się przyglądać tej serii przez aż sześć minut. Długie oczekiwanie zakończyło się dla Kevina Lyncha niebezpiecznym pierwszym podaniem, wprost do rąk Plesy, który wydawało się, że już opanował futbolówkę, ale ostatecznie ją upuścił. To była najwidoczniej zapowiedź tego, co stało się dwie próby później: Lynch podał tym razem celniej, ale piłka tylko odbiła się od Jakuba Zdunia i... wylądowała w zasięgu zdziwionego, ale wdzięcznego Jakuba Muraszko. Ten wrócił z nią daleko w głąb połowy rywala. - Naprawdę nie mam pojęcia, jak to się stało. Dlaczego nie udało mi się złapać tej piłki? Będę musiał sprawdzić, to w nagraniu z meczu... – mówił po spotkaniu Zduń, pokazując, że ułożył w tej sytuacji dłonie we właściwy sposób.

Przechwyt okazał się kosztowny i to bardzo, bo już po jednej akcji Seahawks prowadzili 12:0 (znów nie udało im się podwyższenie). McMahon znalazł swojego niekrytego, tajemniczego tight enda, którego numer – 84 - nie pojawiał się w oficjalnych składach meczowych. Jak się okazało, kryła się za tym wesoła anegdota. - 84? To Damian Bijan – tłumaczył później Kyle McMahon. - Nie grał dzisiaj z 44, bo wyprał swoją koszulkę tak, że czarne skrzydła na niej stały się... zielone! - dodał roześmiany quarterback. Ciekawe z jakim numerem Bijan zagra za rok, bo z tym szło mu naprawdę dobrze.

„Ok, spróbujmy!”.   fot. G.Frąc


Druga skucha
Gorzej było oczywiście z Orłami, które nie mogły sobie pozwolić na kolejną nieudaną serię w ataku. Tym razem połączone siły Piotra Osuchowskiego i Dawida Więckowskiego okazały się wystarczające na rozbicie defensywy gdynian. Było 12:7, ale piłkę ponownie mieli Żółto-Czarni. I znów szło im świetnie: dużo dała im przede wszystkim zmyłkowa akcja, po której z piłką pobiegł LeDuc. Jeszcze na własnej połowie Jastrzębie znów poradziły sobie z trzecią próbą, a później kolejne podanie na duży zysk jardowy złapał Bijan. Cały marsz po punkty prawie wykończył Sebastian Krzysztofek, ale na pierwszym jardzie wypchnął go za linię Claude Tindong. Egzektuorem został moment później Gaweł Pilachowski.

Orły odpowiedziały ze sporą pomocą przewinień przeciwnika, złapanym podaniem Grzegorza Janiaka i tym Szymona Modzelewskiego już w polu punktowym (piłka wylądowała u niego po przeleceniu nad Tyronem Landrumem i walczącym z nim obrońcą – brawo za koncentrację). Oba zespoły dzieliło tylko pięć punktów, ale nie trwało to długo. Faul przy dobrej akcji powrotnej Seahawks dał im jeszcze lepszą pozycję, co dwoma biegami wykorzystał McMahon. Deszcz punktów padał nadal, bo tym razem to Jastrzębie przewiniły przy próbie onside-kicka, za co Eagles mogli zacząć 30 jardów od pola punktowego. Po raz drugi w tym meczu na wysokości zadania stanęła jednak defensywa gdynian (podanie w trzeciej próbie zbił liniowy, Tomasz Sikora) i Orły musiały zadowolić się trzema punktami za celne kopnięcie Peddicorda.

Konwersje a psychika
Ofensywa Seahawks nie miała podobnych problemów. Kolejne punkty dorzuciła 42-jardową akcją (w trzeciej próbie), w której McMahon posłał lekkie podanie między dwie linie obrony Eagles. LeDuc popędził z futbolówką po przyłożenie, ostatnie jardy pokonując z chcącym przewrócić go rywalem na plecach. To oznaczało po raz pierwszy tak dużą, 15-punktową przewagę Jastrzębi, które na dodatek zostawiły przeciwnikowi tylko minutę na odpowiedź przed przerwą. Dzięki doskonałej akcji powrotnej Zbigniewa Smyczyńskiego (gdy pokonywał kolejne jardy nawet nowicjusze czuli chyba, że dzieje się coś wyjątkowo, bo na trybunach zrobiło się wyjątkowo głośno) warszawianie zdołali jeszcze odrobić część strat. Sprawy w swoje ręce wziął Landrum, który wykończył krótką serię minięciem kilku rywali i efektownym skokiem w pole punktowe.

Do przerwy oba zespoły dzieliło więc tylko osiem punktów, jedno przyłożenie, ale piłkę w trzeciej kwarcie odbierały Orły. Chcąc nadrobić błąd z pierwszej serii pierwszej połowy, Lynch postanowił również nieco pobiegać. Zdobył prawie 30 jardów, co pozostawiło kilka kolejnych do dodania dla Adama Nawrockiego. Przy stanie 32:30 trener Phillip Dillon postanowił jednak (po pierwszej serii drugiej połowy) grać za dwa punkty. To się nie udało (a nawet nie udało dwa razy, bo po faulu Seahawks Orły miały ponownie swoją szansę) i popsuło chyba dopiero, co poprawione nastroje Eagles. Kopnięcie za jeden punkt byłoby chyba lepszym rozwiązaniem, bo wpływ nieudanych konwersji na psychikę zawodników to coś, o czym warto pamiętać.

Prawie przełom
Po dobrym wykopie Peddicorda Seahawks musieli startować z własnego 13. jarda. To była szansa dla pokrzepionej i wypoczętej obrony Eagles. Już w pierwszej próbie McMahon czekał z podaniem bardzo długo, a do tego cofnął się aż do linii pola punktowego, gdzie  naprawdę minimalnie minął się z nim nacierający obrońca. Zamiast safety, dwóch punktów i piłki, Orły musiały się w tej akcji pogodzić ze stratą dwóch jardów, które McMahon zdołał jeszcze wyrwać. Chwilę później gospodarze znów poradzili sobie z trzecią próbą, ale Dreger i inni nadal wierzyli. Udało im się zatrzymać dwa biegi w miejscu, ale co z tego jeśli w trzeciej próbie podania i tak łapał Marcin Bluma. To musiało podłamywać. W końcu doprowadziło do przyłożenia Krzysztofka, po którym działy się rzeczy kuriozalne.

Seahawks kopali za jeden punkt, ale ich próba została zablokowana. Futbolówkę z powietrza zgarnął Tindong i w jednej z najbardziej emocjonujących akcji meczu – ścigany przez McMahona - popędził z nią w przeciwnym kierunku. Przebiegł 95 jardów i zdobył w ten sposób dwa punkty dla swojego zespołu... ale jego wysiłek skasowała flaga za przewinienie jednego z graczy Orłów. Wykończony tym sprintem defensor i rozczarowani kibice Eagles nie mogli w to uwierzyć. Wypuścili z rąk przełom, na który czekali tak długo. Z drugiej strony, to pokazywało też, że McMahon nie jest szczególnie utalentowanym kopaczem i że można się spodziewać dalszych błędów. Orłom powinno, więc wystarczyć dotrzymanie tempa Jastrzębiom i podwyższenia za jeden punkt.

Czas ucieka
O wspomnianej w ostatnim zdaniu recepcie łatwiej jednak mówić niż wprowadzić ją w życie. Orły w swojej kolejnej serii, na własnej połowie, nie potrafiły zdobyć pierwszej próby (Lynch podawał albo niecelnie, albo zawodził go skrzydłowy). Walka o 10 jardów w czwartej próbie wydawała się zbyt dużym ryzykiem, więc Brett Peddicord przygotował się do wykonania pierwszego (i jedynego!) w tym meczu puntu. Odkopnięcie zepchnęło Seahawks na ich 20. jard, ale to ponownie nie było kłopotem. Wychodziło im wszystko: Krzysztofek zdobywał kolejne jardy, a McMahon nadal rzucał celnie (w całym meczu podawał ze skutecznością 20/26). Do tego zaczęły pojawiać się flagi i nietrafione tackle. Krzysztofek wykorzystał to blisko 40-jardową akcją biegową. Wróciła przewaga 15 punktów, zaczęła się czwarta kwarta...

Orły wiedziały, że czas ucieka zaczęły więc próbować dłuższych zagrań. W jednym z nich Landrum posłał długie podanie za plecy obrońców, od którego złapania centymetry był Norman Seignious. Później, w jeszcze dogodniejszej sytuacji znalazł się Janiak, który – już po zgubieniu obrońcy - za późno zorientował się gdzie jest futbolówka. Eagles imponowali jednak tym, jak uparcie nie chcieli spisać tej serii na straty. Wiedzieli, że nie mogą sobie już na to pozwolić. I wreszcie sprzyjało im trochę szczęście: Modzelewski złapał podbite podanie, a obrońcy Seahawks popełniali faule takie, jak facemask. Ostatecznie serię wykończył Lynch, jednojardowym biegiem i przewaga Jastrzębi stopniała do 8 punktów.

Newton w Warszawie
Jeśli obrońcy z Warszawy planowali tego dnia powstrzymać, choć jedną serię ofensywy z Gdyni, to byłby najlepszy na to moment. Po wykopie futbolówka przeskoczyła czekającego na nią LeDuca i jego akcja zakończyła się ostatecznie już na trzecim jardzie Seahawks. W grę wchodziło nawet safety, po którym Eagles mieliby przecież piłkę i szansę na całkowite odwrócenie losów finału... Jastrzębie pokazały jednak niezwykłą dojrzałość. McMahon wyszedł z opresji podaniem do Blumy, co oznaczało nowy zestaw prób. Dwa dobre biegi Pilachowskiego i znów to samo. Wreszcie Orłom udało się doprowadzić do sytuacji, w której rywale musieliby pokonać w trzeciej próbie aż 15 jardów... i znów im na to pozwolili! Le Duc, który znów złapał futbolówkę wywalczył, co prawda o jard za mało, ale w takim momencie, gdy wszystko układało się po ich myśli, to nie był żaden problem dla McMahona.

Rozgrywający dodał brakujący jard, a akcję później kolejne... 57 jardów i przyłożenie po biegu, którego nie powstydziłby się sam Cam Newton. To był cios, po którym Eagles już się nie podnieśli. Próbowali, co prawda odrobić chociaż jedno przyłożenie, ale już na połowie Seahawks znów nie mogli zdobyć pierwszej próby, a ostatnie podanie, w czwartej próbie przez ręce przepuścił, dotąd bezbłędny, Landrum. Załamany, zaczął bić kaskiem o murawę. Zespół z Gdyni od świętowania  (którego ważną częścią miało okazać się rytualne zgolenie charakterystycznych jasnych włosów Macieja Siemaszki) dzieliło już tylko kilka biegów, które zbiły z zegara resztki czasu. Obrona Orłów i wtedy nie potrafiła zatrzymać ataku z Gdyni, co oznaczało, że (poza 20 sekundową serią przed przerwą) nie udało im się to w całym meczu ani razu.

Droga jest jedna
W meczu ofensywnego z ofensywniejszym, to zadecydowało o wyniku końcowym. Seahawks, wreszcie futbolowo dojrzali po dwóch finałowych porażkach i prowadzeni przez swoją wersję połączenie Toma Brady'ego i Cama Newtona, zdobyli znacznie więcej jardów w ataku, co sprawiło, że nie przeszkodziła im nawet większa liczba kar. Orły nie były od rywali daleko, ale potrzebowały z ich strony błędu, który tego dnia po prostu się im nie przytrafił. Marzenia o trzecim tytule warszawianie będą więc musieli odłożyć na przyszły rok, w którym przystąpią do rozgrywek wzmocnieni przede wszystkim... nowymi kibicami, których (przeglądając ich wpisy na fan page'u Orłów, wnioskuję, że) zyskali naprawdę sporo.

Co jednak w tym niekoniecznie najbardziej emocjonującym (ostatnie sekundy bielawskiego finału trudno przebić), ale na pewno najważniejszym meczu w historii PLFA, cieszy, to reakcja tzw. „laików”. Ludzi, którzy zasad uczyli się na bieżąco, a bardzo wielu z nich i tak wciągnęło się w to, co działo się na boisku. Czy więc, jak dzień przed meczem pytał w głównym wydaniu Wiadomości Piotr Kraśko, skoro w Ameryce nie przyjął się ”soccer”, to czy Polskę opanuje futbol? Zamiast huraoptymizmu proponuję myśleć jak sami futboliści. Np. Sebastian Krzysztofek, który podczas konferencji prasowej mówił: - Teraz odpocznę trzy tygodnie, a potem zabieram się do pracy trzy razy mocniej. Kocham ten sport i po tym, co dzisiaj zobaczyłem wiem, że warto to robić.

Jeśli futbol ma w Polsce dojść jeszcze dalej, to prowadzi do tego tylko jedna droga: wspólny wysiłek wszystkich zainteresowanych. SuperFinał VII może i był wydarzeniem przełomowym, bo – jak pisałem w jego zapowiedzi – futbol wszedł na sportowe salony Polski. Swoją obecnością na meczu wszyscy sympatycy tego sportu wysłali komunikat do reszty kraju, że chcą, żeby został on tam jak najdłużej. Teraz czas poprzeć to kolejnymi działaniami: chwilę odpocząć, a później zabrać się do pracy trzy razy mocniej... I przestać już mówić o tym, co jest niemożliwe.


Rewanż!
Z Jakubem Muraszko, safety Seahawks Gdynia, rozmawia Adrian Fulneczek.

Mecz ułożył się po Waszej myśli na początku, szczególnie po Twoim przejęciu...
Tak, ale starcie było właściwie ciągle wyrównane. Prowadziliśmy ośmioma punktami, odskakiwaliśmy na 15, ale zaraz ta różnica znowu się zmniejszała. To był świetny pojedynek ofensyw, dlatego nam wystarczyło zatrzymać dwie lub trzy serie, żeby wygrać to spotkanie. Nasz atak zagrał niesamowicie, właściwie każde posiadanie zamieniał na przyłożenie.

Jak z takim meczem radzą sobie obrońcy? To musi być frustrujące, kiedy każda – w Waszym przypadku „prawie każda” - seria kończy się utratą punktów.
Było trochę frustracji, przyznaję, bo zdarzały się momenty dobrej gry, a potem w trzeciej próbie udawała im się akcja, która nie powinna się udać. Ale kiedy w trzeciej kwarcie zatrzymaliśmy ich i odskoczyliśmy na dwa przyłożenia, to grało się łatwiej. Później zastopowaliśmy ich jeszcze raz i wiedzieliśmy, że już nikt nam tego nie odbierze...

Wtedy uwierzyliście, że mistrzostwo będzie Wasze?
Osobiście nie wierzyłem wtedy ani kiedy do końca była minuta i 50 sekund, ani kiedy zostawało tylko 27 sekund. Nadal jest mi trudno w to uwierzyć!

Trochę na ten moment czekałeś...
Czekaliśmy na to „od początku”, od 2006 roku. Zostało nas już tylko kilku w drużynie, którzy to pamiętamy i wreszcie się udało.

Czułeś, że dzisiaj odpłacacie im za te dwa poprzednie finały?
Ja czułem, że to był rewanż. Na ich podwórku, na takim stadionie... Trzecie podejście i musieliśmy to wygrać, nie było innej możliwości.

A sam stadion robił wrażenie? Czułeś się nim przytłoczony? Nogi z waty?

Z początku obawiałem się swojej reakcji, ale na szczęście nie było tak strasznie. Przyjechaliśmy tutaj już o 12stej, żeby oswoić się ze stadionem, co pomogło. Podczas meczu byliśmy natomiast tak nakręceni, że właściwie nie wiedzieliśmy, co się dookoła nas działo.

To był największy mecz, w jakim grałeś?
To po prostu trzy najważniejsze godziny w moim życiu!

Czuliście w tym sezonie, że pomija się Was przy wymienianiu faworytów?
Mówiono raczej o Devils i Eagles, nas właściwie nikt nie traktował poważnie. Mówiło się, że może coś powalczymy w półfinale... A my mieliśmy naprawdę solidną drużynę w tym roku. Solidni polscy gracze, kilku niesamowitych, Amerykanie prowadzący nasz atak, Kyle, Josh i Jeff George w obronie, który jako koordynator przygotowywał nam idealną taktykę na każdego kolejnego rywala.

Udowodniliście więc tym wątpiącym, że się mylili.
Dawno nie było nas w finale więc może stąd się to brało, ale przekonaliśmy też samych siebie. Dorośliśmy do tego zwycięstwa po dwóch finałach, w których zawsze czegoś brakowało. Tym razem byliśmy już gotowi.

W przyszłym roku wrócicie równie mocni?
Będziemy walczyć. Oczywiście nikomu nie udało się jeszcze obronić tytułu... ale skoro tutaj pisaliśmy historię, grając na takim stadionie, teraz trzeba zrobić następny krok.


Dumny z Orłów
Z Tyronem Landrumem, skrzydłowym Warsaw Eagles, rozmawia Adrian Fulneczek.

Miałeś dzisiaj na swoim koncie wiele świetnych akcji, ale to nie wystarczyło, żeby pokonać Jastrzębie...
Byliśmy naprawdę dobrze przygotowani na ten mecz. Obrona robiła swoje na tyle, na ile dzisiaj to było możliwe. Ofensywa zaczęła trochę wolno i później próbowaliśmy to poprawić. Seahawks przyspieszyli jednak jeszcze bardziej niż my i to oni świętują teraz zwycięstwo.

W tym spotkaniu właściwie każde posiadanie piłki trzeba było zamieniać na punkty...
Nam zabrakło tej pierwszej serii, ale nie sądzę, żeby to ona zaważyła. Później byliśmy jeszcze kilka razy blisko ich, punktowaliśmy, ale oni robili to samo. Nam w końcu nie udało się to w dwóch sytuacjach i to wystarczyło.

Wiem, że obrona, to nie jest twoja specjalność, ale jaki mieliście w niej plan działania?
Najogólniej mówiąc: zatrzymać Kyle'a. Nie mogliśmy też pozwolić sobie na podwójne krycie LeDuca, bo wtedy Kyle miałby za dużo swobody. Zresztą, gdy zaczynał biegać z piłką i tak bardzo utrudniał sytuację obrońcom.

Nie miałeś dzisiaj okazji na akcje powrotne, bo Seahawks posyłali wszystkie piłki po wykopach krótko.
Tak, chociaż byliśmy na to gotowi po tym, jak w poprzednim meczu zaskoczyli nas kilkoma onside-kickami. Ustawiałem się teraz więc od razu trochę wyżej, ale i tak wykonali dobrą pracę nie kopiąc piłki w moim kierunku. Szanuję ich i gratuluję im tej wygranej, ale jestem też dumny ze swoich kolegów z zespołu. Każdy włożył w ten mecz maksimum zaangażowania... Zapewniam, że w przyszłym sezonie wrócimy po swoje.

Z Tobą w kadrze?
Zobaczymy, najpierw wracam do Stanów i spróbuję swoich sił w try-outach do NFL i innych lig, bo to mój cel, żeby się tam dostać.

Jak oceniasz atmosferę wokół tego meczu? Stadion, wsparcie kibiców?
Pod tym względem bawiłem się świetnie. To była największa publiczność, dla jakiej grałem w swoim życiu, co jest od razu wielką motywacją. Cieszę się, że fani obu zespołów zaprezentowali się tak dobrze. Poza wynikiem jestem naprawdę zadowolony z tego, co się tu dziś wydarzyło.

Czy to będzie przełom dla futbolu w Polsce?
To zdecydowanie duży krok. Tym razem przyszło tutaj 23 tysiące, mam nadzieję, że za rok pojawi się jeszcze więcej.


Statystyki NAC VII SuperFinału PLFA: www.tnij.org/sfstats

Dotychczasowi mistrzowie PLFA:
2006: Warsaw Eagles
2007: The Crew Wrocław
2008: Warsaw Eagles
2009: AZS Silesia Miners
2010: Devils Wrocław
2011: The Crew Wrocław
2012: Seahawks Gdynia
Topliga 2012 - nagrody indywidualne (przyznane po głosowaniu trenerów):
MVP sezonu: Kyle McMahon (Seahawks Gdynia)
Najlepszy rozgrywający: Kyle McMahon (Seahawks Gdynia)
Najlepszy skrzydłowy: Grzegorz Mazur (Devils Wrocław)
Najlepszy running back: Sebastian Krzysztofek (Seahawks Gdynia)
Najlepszy liniowy ofensywny: Tomasz Peciak (Seahawks Gdynia)
Najlepszy liniowy defensywny: Szymon Adamczyk (Devils Wrocław)
Najlepszy linebacker: Arkadiusz Kanicki (AZS Silesia Rebels)
Najlepszy defensive back: Krzysztof Wis (Devils Wrocław)
Najlepszy kicker: Brett Peddicord (Warsaw Eagles)
Najlepszy punter: Maciej Krytowski (Dom-Bud Kraków Tigers)
Najlepszy returner: Grzegorz Mazur (Devils Wrocław)

NAC VII SuperFinał PLFA - nagrody indywidualne:

Najlepszy gracz ataku: Kyle McMahon(Seahawks Gdynia)
Najlepszy gracz obrony: Artur Koszelow (Seahawks Gdynia)
Najlepszy gracz finału: Kyle McMahon (Seahawks Gdynia)


Seahawks Gdynia - Warsaw Eagles 52:37 (12:7, 20:17, 13:6, 7:7)


I kwarta

6:0 przyłożenie Kyle McMahona po 9-jardowej akcji biegowej
12:0 przyłożenie Damiana Bijana po 24-jardowej akcji po podaniu Kyle'a McMahona
12:7 przyłożenie Dawida Więckowskiego po 4-jardowej akcji biegowej (podwyższenie za jeden punkt Brett Peddicord)

II kwarta

19:7 przyłożenie Gawła Pilachowskiego po 1-jardowej akcji biegowej (podwyższenie za jeden punkt Kyle McMahon)
19:14 przyłożenie Szymona Modzelewskiego po 7-jardowej akcji po podaniu Kevina Lyncha (podwyższenie za jeden punkt Brett Peddicord)
25:14 przyłożenie Kyle'a McMahona po 10-jardowej akcji biegowej
25:17 35-jardowe kopnięcie z pola Bretta Peddicorda
32:17 przyłożenie Josha Le Duca po 43-jardowej akcji po podaniu Kyle'a McMahona (podwyższenie za jeden punkt Kyle McMahon)
32:24 przyłożenie Tyrone'a Landruma po 11-jardowej akcji po podaniu Kevina Lyncha (podwyższenie za jeden punkt Brett Peddicord)

III kwarta

32:30 przyłożenie Adama Nawrockiego po 2-jardowej akcji biegowej
38:30 przyłożenie Sebastiana Krzysztofka po 16-jardowej akcji po podaniu Kyle'a McMahona
45:30 przyłożenie Sebastiana Krzysztofka po 38-jardowej akcji biegowej (podwyższenie za jeden punkt Kyle McMahon)

IV kwarta
45:37 przyłożenie Kevina Lyncha po 1-jardowej akcji biegowej (podwyższenie za jeden punkt Brett Peddicord)
52:37 przyłożenie Kyle'a McMahona po 58-jardowej akcji biegowej (podwyższenie za jeden punkt Kyle McMahon)


Mecz obejrzało 23 000 widzów.

Kto jest faworytem?

Przewidywania kibiców
Twoje przewidywania
DUŻA PRZEWAGA DUŻA PRZEWAGA
58% do 42% (337 głosów)

TABELA

Topliga

p. ZESPÓŁ M Z/P +/- PKT
1. Seahawks 10 9/1 260 18
2. Eagles 10 8/2 282 16
3. Devils 10 7/3 206 14
4. Rebels 10 3/7 -190 6
5. Kozły 10 2/8 -165 4
6. Tigers 10 1/9 -393 0

Sonda

Komu będziesz kibicował w rozgrywkach PLFA J-8?